poniedziałek, 31 grudnia 2012

Opowieści z Sonomy, część III

część I
część II


Jesienne powietrze otulało świat senną poświatą gasnącego światła, jednak pod powierzchnią pozornej ciszy i melancholii kryło się podskórne napięcie, kłujące tysiącem igieł i mącące myśli na kształt ogromnego wiru.
Dziewczyna pognała na swym czarnym rumaku w kierunku Pustkowi, gdzie wedle słów tych, których pytała, miała mieszkać czarodziejka.
Książę miotał się po swoim więzieniu, a samotność ciążyła mu jak nigdy wcześniej.
Spokój opuścił również Młodego Króla. Jego gniew rozgorzał na dobre, gdy dowiedział się, że Dziewczyna opuściła zamek przeklętego Księcia, aby odszukać czarodziejkę. Pożądanie płonęło w nim ogniem intensywnym jak karmiące się płomieniami żagwie, a urażona duma zatruwała myśli lepkimi mackami czarnej jak pustka smoły.
To, co przeżywało każde z nich nie było jednak obce tak wielu innym, często anonimowym bohaterom nieopowiedzianych historii.

Bo każdy kiedyś poznał jak bolesnym ogniem mogą palić emocje i jak cierpki jest popiół niespełnienia.
Każdy wiedział jak słodkie są marzenia, a jak gorzka może być miłość.
Każdy wiedział z jaką siłą może płonąć Fireside Intense.


poniedziałek, 26 listopada 2012

Opowieści z Sonomy, część II

część I


Dziewczyna dość szybko zaczęła sprawiać kłopoty. Już w dzieciństwie dał znać o sobie jej uparty charakter. Ponieważ pochodziła z wysokiego rodu, odebrała staranne wykształcenie, właściwe szlachetnie urodzonym damom, lecz szybko stało się jasne, że nie ma zamiaru zaprzątać sobie głowy konwenansami. Nie żałowała rozmówcom kąśliwych i niebywale celnych uwag, a zdarzało się, że w przypadku ostrzejszej wymiany zdań nie wahała się przejść do rękoczynów. Gdy dorosła, stała się jeszcze bardziej krnąbrna. Nie szukała towarzystwa, a jej ulubioną rozrywką były samotne konne przejażdżki wzdłuż kamienistego wybrzeża. Za nic miała sobie to, że jej rękę przyrzeczono następcy tronu i w przyszłości miała zostać królową.

Szeptano, że to wszystko dlatego, iż jej ojciec, nie doczekawszy się syna, na zbyt wiele pozwalał jedynaczce. Inni powtarzali, że wdała się w matkę, która wcale nie była, jak oficjalnie głoszono, księżniczką z jakiegoś pomniejszego granicznego państewka, ale w rzeczywistości należała do Ukrytych – tajemniczych klanów świetnie wyszkolonych zabójców i szpiegów żyjących gdzieś w górach.

Ona jest niezwykła, jak czarna ambra, o której krążą legendy, ale którą jak dotąd rzadko komu udało się znaleźć na plaży, mówili rybacy.
Bo Dziewczyna była niesamowita jak Ambre Noir.




wtorek, 20 listopada 2012

Dawno, dawno temu…


…w odległej krainie (w końcu takie opowieści zwykle dzieją się daleko stąd), gdzieś prawie na końcu świata, nawet nie za górami i lasami, ale jeszcze dalej… Za pustynią o wydmach nie z piasku, lecz z drobinek szkła mieniących się w słońcu niczym brylantowe odblaski i za morzem o wodach w odcieniu ciemnego fioletu, odbijających trzy księżyce i miriady gwiazdozbiorów o nazwach trudnych do wymówienia i zapamiętania… Za płaskowyżem, gdzie łatwo było zgubić drogę i gdzie tygodniami można było wędrować, nie napotykając żadnej żywej istoty i na którym, jak powiadają, wśród wyjącego wiatru dało się czasem słyszeć zawodzenia i szepty dawno umarłych… Tam daleko rozciągało się potężne królestwo, do którego docierali nieliczni, ale o którego skarbach krążyły najrozmaitsze legendy. Jego stolica uchodziła za najpiękniejsze miasto świata, a gdy oczom przybyszów, którzy wspięli się na jedno ze wzgórz, ukazywał się zarys królewskiego pałacu, ukrytego wśród kompleksu ogrodów, z ich ust mimowolnie wydobywały się okrzyki zachwytu. 

Ale było też miejsce, którego unikano jak ognia. Które uchodziło za przeklęte siedlisko demonów.
Właśnie tam, wcale nie tak daleko od stolicy, wśród okolicznych gór, znajdował się niewielki zamek; ukryty w nieprzebytych lasach, zazwyczaj osnuty kłębami błękitnej mgły. Sprawiał wrażenie budowli jak ze snu, delikatnej, o powyginanych dachach,  zdobionej misterną ornamentyką godną stylu Urnes.


A w tym zamku mieszkał młody książę, piękny jak… kadzidło. Czyste kadzidło.
Piękny jak Incense Pure.



niedziela, 4 listopada 2012

Chłodny świt


Dzieła sygnowane nazwiskiem Oliviera Durbano należą do tych, które automatycznie trafiają do szufladki podpisanej koniecznie trzeba przetestować, choćby nie wiem jakie dziwactwa figurowały w składzie. Nie przeszkadza mi również, że seria rozrasta się ponad planowane siedem kompozycji.
Skłamałabym, gdybym rzekła iż wszystkie z dotychczasowych dzieł wzbudzają mój entuzjazm, jednak dwa z nich stoją na tyle wysoko w moim prywatnym rankingu, że na każdą nową propozycję czekam z zainteresowaniem. Moją ciekawość mogłaby osłabić chyba tylko długa i konsekwentna seria gniotów, a na to się na razie, na szczęście, chyba nie zanosi ;)
Na Heliotrope szykowałam się więc niecierpliwie.

wtorek, 23 października 2012

Czerń otulająca


Wyznając szczerze do tego zapachu podchodziłam z dużą dozą sceptycyzmu, nie spowodowanego bynajmniej negatywnymi opiniami, ale absurdalną ceną flakonu i całą tą platynowo-luksusową otoczką. Nie przemawia to do mnie, więc ignorowałam demonstracyjnie ;)

Tak więc sampel stał w pudle i czekał, czasem tylko obwąchiwałam odkorkowany wylot, usiłując dociec, czy faktycznie zawartość zasługuje na wszystkie peany na swoją cześć.
W końcu nadszedł więc czas, aby przejść do czynu i oddziewiczyć atomizer.
I cóż mogę stwierdzić w wyniku tego eksperymentu? Tyle, że za tymi, co chwalą Black Cube stoi słuszność.

środa, 10 października 2012

Czas zamknięty w kamieniu


Nie pamiętam, czy już mówiłam (w zasadzie pisałam), że zdarza mi się natrafiać na zapachy, które porywają mnie od pierwszej chwili – i czerpię z tego faktu niezwykłą przyjemność. Lubię kiedy zapach wali mnie pięścią między oczy, bez żadnych niedomówień ;) Z tym, że jeśli przyjrzeć się moim ulubionym płynnym typom, to wychodzi na to, że przynajmniej połowa z nich przy pierwszym spotkaniu nie zrobiła na mnie powalającego wrażenia. Do rozwoju gorętszych uczuć dochodziło stopniowo ^^

Bois d’Encens należy do tych zapachów, które miały zdecydowanie długi rozbieg.
Pierwsze pobieżne testy nie wróżyły niczego specjalnie interesującego; ot, kolejne kadzidło (chociaż sam fakt bycia kadzidłem jest już czymś na plus). Na dodatek wydawało się niespecjalnie ekspansywne i wyraziste.
Gdy jednak trafiła się okazja, aby zdobyć niewielką ilość postanowiłam dać mu szansę i przyjrzeć się bliżej. I dobrze zrobiłam, bo przy kolejnym, tym razem globalnym użyciu Bois d’Encens udowodnił, że ma potencjał i odsłonił przede mną swą niezwykle piękną historię.

wtorek, 2 października 2012

Sandałowiec wśród manuskryptów


I znów zdryfowałam w stronę ciepłego, słodkawego zapachu, chociaż szczerze mówiąc liczyłam na klimaty bardziej drzewne. Sandałowiec potrafi przybierać różne formy, od ostrych, pełnych drzazg wiórów po miękkie, przytulne, wręcz senne.
Gdy mam wybierać, które z tych wcieleń odpowiada mi bardziej, bez wahania decyduję się na pierwsze. Nie mogę jednak stwierdzić, że to drugie mi się nie podoba; też zdarzają się tam obiekty interesujące ;)

Szczerze mówiąc, kiedy zobaczyłam nazwę Santal Majuscule miałam nadzieję, że efekt będzie można zakwalifikować do grupy pierwszej. A już w ogóle, patrząc na plakat stylizowany na stronicę iluminowanej średniowiecznej księgi, wyobrażałam sobie zapach suchy, raczej chłodny, być może nawet nieco zadumany ^^