poniedziałek, 23 września 2013

Powrót

Oj, trochę górnolotnie zabrzmiało, niech więc będzie powrocik ;)
Tym razem to nie lenistwo było przyczyną mojego milczenia, tylko nagły nawał zaległości (czyli poniekąd lenistwo… ^^) oraz późniejsze małe wakacje.
I właśnie na rozruch naspamuję dziś kilkoma obrazkami z mojego krótkiego wyjazdu :)

Może i nie do końca na temat, zważywszy na profil mojego bloga, ale co tam.

niedziela, 18 sierpnia 2013

Blask

Uwielbiam ten moment, gdy na sali kinowej zapada ciemność, kończy się blok mniej lub bardziej przygłupich reklam i z czarnej głębi ekranu powoli wynurzają się pierwsze zarysy formujące się w otwarcie opowieści. Rozbuchane oczekiwania jeszcze szaleją, nieposkromione goryczą zawodu, która nierzadko wysuwa się na pierwszy plan, gdy w miarę trwania filmu coraz wyraźniej okazuje się, że z obiecanej magii będą nici. 
Podobnie ma się rzecz w momencie, gdy z cichym szelestem przewracam pierwsze strony nowej książki (ha, a gdy nowa książka jest częścią cyklu, to już w ogóle, jestem jak uzależniony na widok postawionego przed nim stymulatora ;P). Albo gdy odpalam nową, wyczekiwaną długo płytę.
I zupełnie podobnie jest, gdy rozrywam kopertę i wydobywam z niej niewielki, plastikowy bądź szklany walec zawierający mililitr lub dwa pachnącej cieczy, która wcześniej zdołała zasiać w moim umyśle demona rozbudzonych nadziei. Nie, nie naciskam od razu spustu atomizera (albo nie wyrywam wciśniętego koreczka, przy moich zdolnościach rozchlapując przy tym wokół połowę zawartości – jeszcze pół biedy jak większość tego na siebie, byle nie w oko, co mi się zdarzało ^^) – obracam fiolkę w palcach, pieszcząc umysł obietnicą niezapomnianych doznań.
O tak, przeciągam jak długo się da tę cudowną chwilę między ustami a brzegiem pucharu.

Cóż, kiedyś jednak trzeba zabrać się do rzeczy ;)

Nie dziwota, że gdzieś na mieliznach podświadomości kołacze się niepokój, bo oczekiwania balansują na krawędzi. Nie raz zdarzało się, że spadały z niej na sam dół, rozkwaszając się na pomidorową miazgę. Zdarzało się też, że niby zawisały gdzieś wpół drogi, i wtedy nie bardzo wiadomo, cieszyć się czy nie – bo w sumie nie jest źle, ale zachwytu też nie ma…
Ale gdy zdołały do końca utrzymać równowagę na cienkiej grani… - eksplozja nagromadzonych emocji, ekstatyczne katharsis, mentalny orgazm, whatever – miejsce w pamięci zapewnione. A w interesującym nas przypadku – natychmiastowa werbalizacja uczuć kłębiących się w duszy – chcę mieć flakon! ;P
Tak, kiedyś chcę mieć flakon Shams od Memo *_*


piątek, 9 sierpnia 2013

Dyskretny urok elegancji

Czego można oczekiwać po zapachu, który w swej nazwie obiecuje kadzidło? Na dodatek, gdy Guerlain twierdzi, że to kadzidło mityczne, dorzuca nawiązania do Wschodu, i do tego nazywa serię Les Déserts d’Orient?

Niektórzy potrafią wyobrazić sobie wiele; tak więc gdy Encens Mythique D’Orient wpadnie im w ręce, kreują sobie w umyśle obrazy iście rozbuchane. Lecz gdy przychodzi co do czego, okazuje się, że obędzie się bez aż tak dalekiej podróży; przyjęcie, na które otrzymaliśmy zaproszenie jest, co prawda w stylu orientalnym, ale odbywa się w pałacu znajdującym się z pewnością gdzieś w Europie.


niedziela, 28 lipca 2013

Μελαγχολία

Na przekór panującej aurze nie będzie dziś wcale sielsko, słonecznie i lepko. Za oknem gorąc niemiłosierny, słońce chlasta oczy promieniami ostrymi niczym sztylety, co nie przeszkadza temu, by w duszy mieszkał chłód i mrok ;P

Do nowego (no, w miarę nowego ;)) zapachu od Comme de Garçons podeszłam bez wielkich oczekiwań. Nie żebym miała jakieś obiekcje w stosunku do marki; przeciwnie wręcz, w końcu z tego domu wyszły takie dzieła jak Hinoki, Kyoto czy Avignon (monotematyczna jestem aż do przesady, wszędzie Japonia i gotyk ^^)… ale od kilku dzieł nic nie zdołało wzbudzić mojego galopującego zachwytu.
Ha, do czasu jednak! ;)
Black zachwyt wzbudził, wyznam, już na wstępie. Zachwyt narastający wraz z każdym kolejnym użyciem. 

wtorek, 23 lipca 2013

Żadnych sentymentów

Rzeknę butnie na wstępie, irys mi niestraszny!
Skłamałabym, gdybym stwierdziła, że to moja ulubiona nuta, ale zdecydowanie częściej jestem na tak, niż na nie. Przynajmniej jak dotąd; być może jeszcze nie spotkałam na swojej drodze prawdziwie potwornego irysa. ^^

W każdym razie jedno jest pewne – Iris Nazarena od Aedes de Venustas do gatunku potworów się nie zalicza. Choć faktem jest, że charakter ma trudny ;)


sobota, 6 lipca 2013

Nadanie tytułu mnie przerasta ;)

Jakoś tak wyszło, że pobijanie kolejnych rekordów w długości okresów milczenia przychodzi mi nadspodziewanie łatwo. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że tym razem wytrwam we względnej dyscyplinie i rekord padnie, ale względem ilości postów lipcowych ;)

Aby dać upust swojej irytacji i wyrzucić negatywne emocje zacznę od posta zgryźliwego.

O Dhan Al Oudh Al Nokhba od Rasasi naczytałam się dość już zanim go poznałam, wszelkie kontrowersje wokół tego zapachu nie były mi obce. Złakniona mocnych wrażeń, czułam nawet pewnego rodzaju ekscytację. I zaiste, mocne wrażenia mnie nie ominęły.
Koszmarnie mocne.

niedziela, 21 kwietnia 2013

Szkice z rozpadu


Konstatacja, iż na bloga znów wkradł mi się hiatus jest chyba aż nazbyt oczywista ;) O tym, że jestem osobą haniebnie niezorganizowaną oraz zazwyczaj wałkującą i przemyśliwującą na dziesiątą stronę, wszystko co mam napisać lub powiedzieć chyba już kiedyś wyznawałam. Jeśli więc jakimś cudem istnieje ktokolwiek, komu brakowało moich wynurzeń przez miesiąc, to mogę jedynie obiecać, że postaram się zaprząc oporny umysł do bardziej efektywnych działań ^^

Są zapachy, które pozostawiają mnie oniemiałą z zachwytu (lub wydającą z siebie głuchy jęk, w zależności od nastroju) – aczkolwiek zdarzają się one smętnie rzadko (choć być może gdyby miało to miejsce częściej nie byłoby w stanie wywołać takiego efektu).
Są takie, które na początku wydają się niespecjalnie atrakcyjne, jednak w miarę głębszych testów ujawniają swe porażające piękno i stają się równie pożądane, co te pierwsze.
Są też takie, które doceniam, poważam, i w ogóle, ale względem których żywszych uczuć wykrzesać z siebie nie umiem.
Są zapachy zwyczajnie ładne. A także te niespecjalnie ładne.
Są i w końcu koszmary zapachowe, kwalifikowane w ten sposób zazwyczaj czysto subiektywnie.
Ale zdarzają się również zapachy (lecz dzieje się to chyba równie rzadko, co w przypadku tych wspomnianych na samym początku), które wzbudzają we mnie czystą konsternację; po prostu sama nie wiem czy ostatecznie bardziej mnie pociągają czy odpychają.

I do tej ostatniej grupy zalicza się Coal od Andrei Maack.