Walentynki minęły, więc mogę z czystym umieścić wpis z takim tytułem, zachowując jednocześnie postawę osoby odpowiednio ironicznej i pogardzającej tego typu wynalazkami ;)
Z drugiej strony, to może wydawać się dość smutne, że dziś często pierwszym skojarzeniem pojawiającym się w głowie na hasło „film o miłości” staje się koszmarna zbitka pod tytułem „komedia romantyczna”. Łatwo zgadnąć, że nie należę do fanów gatunku ;) Nie chcę generalizować, wszak wszędzie zdarzają się filmy lepsze i gorsze, jednak jakoś tak wyszło, że w większości wypadków pozostaje obojętne na perypetie młodych atrakcyjnych ludzi, niby niedobranych, kłócących się i przekomarzających przez pół filmu, aby w połowie odkryć, że jednak coś ich łączy, że pierwsze wrażenie było błędne. Nudzą mnie przeszkody, które ci cudowni bohaterowie muszą pokonywać na swej drodze do szczęścia, nie śmieszą niby-zabawne dialogi, wywracam oczami na końcu, gdy zakochani toną w objęciach na tle odpowiednio romantycznego pejzażu.
Jestem, jak widać, malkontenką. Wredną, czepialską i sarkastyczną. Ale przecież nie jestem osobą pozbawioną uczuć ;) Nie oszukujmy się, miłość to wdzięczny temat na opowieść. Ale to wszystko może wyglądać inaczej.